Dziesiąty kwietnia 2010, godzina przed 9 rano. Prezydent uparł się, żeby lądować mimo cholernej mgły w Smoleńsku na starym, słabo przygotowanym na takie warunki, lotnisku. Decyzja prezydenta była zrozumiałą, nie chciał zawieść ludzi, którzy na niego czekali. Ale nie wszystko ułożyło się po myśli jego i pilota. Maszyna zahaczyła skrzydłem o drzewo a kilka sekund później roztrzaskała sie o ziemię. Zginęli wszyscy. "Nie mieszajmy w to Boga".
Przepraszam, ale - kurwa - nie rozumiem.
